Mistrzowie wygrywali bez picia
Tim Noakes, lekarz i fizjolog wysiłku, autor „Waterlogged: The Serious Problem of Overhydration in Endurance Sports”, zestawia listę nazwisk, która sama w sobie jest argumentem. Ron Hill wygrał bieg Igrzysk Wspólnoty Narodów w 1970 roku czasem 2:09:28, nie pijąc na trasie ani mililitra i tracąc niemal 4% masy ciała. Hill miał doktorat z chemii i sam eksperymentował z dietą węglowodanową - to nie był przypadek ani niewiedza, tylko świadomy wybór człowieka, który rozumiał fizjologię lepiej niż większość ówczesnych trenerów. Gdyby picie na trasie dawało realną przewagę, najpewniej by pił.

Emil Zátopek, świeżo po złotych medalach na 5 i 10 kilometrów w Helsinkach w 1952 roku, wygrał tam też maraton - również bez picia. Jim Peters ustanowił 4 rekordy świata w latach 1953-54, wszystkie bez wody na trasie. Abebe Bikila biegł boso w Rzymie w 1960 roku i w Tokio w 1964 roku, obie wygrane bez bidonu - w Tokio po przybiegnięciu na metę spokojnie się rozciągał, czekając, aż dobiegnie drugi zawodnik. Kontrast z dzisiejszym przekonaniem, że bez picia co kilometr grozi katastrofa, jest uderzający.
Stuletni zakaz picia w maratonie
Rada „nie pij w maratonie” nie wzięła się znikąd. Pochodzi z jednej z najstarszych anglojęzycznych książek o treningu maratońskim - „Training for the Marathon” Johna J. Sullivana z 1910 roku - i obowiązywała w praktyce przez kolejnych 60 lat, aż do czasów Hilla, Zátopka i Bikili.

Noakes stawia więc pytanie wprost: co zmieniło unikanie picia w nakaz przelewania się wodą po 1996 roku? Odpowiedź nie leży w nowej, przełomowej nauce. Osobne rozdziały książki - o regule dwóch procent, o narodzinach Gatorade i o laboratoriach bez wiatru - pokazują raz za razem to samo: picie według pragnienia jest bezpieczne, a najszybsi zawodnicy tracą najwięcej masy ciała i są najbardziej odwodnieni ze wszystkich, bez żadnej szkody dla zdrowia.
ACSM 1975: umiarkowany początek
Punktem zwrotnym były pierwsze międzynarodowe wytyczne American College of Sports Medicine (ACSM) z 1975 roku, napisane przez Davida Costilla - naukowca uznawanego za uczciwego i odpornego na presję komercyjną. Rada brzmiała prosto: pij często podczas zawodów, mniej więcej co 3-4 kilometry, w biegach dłuższych niż 16 kilometrów.

Uzasadnienie było ostrożne, nie fanatyczne: obniżyć temperaturę ciała, zapobiec odwodnieniu - bez twierdzenia, że samo picie chroni przed udarem cieplnym. Noakes ocenia te wytyczne bez cienia ironii: były rozsądne i oparte na tym, co wówczas faktycznie wiedziano. Po ponad 60 latach zakazu picia stanowiły realny krok w dobrą stronę. Costill po prostu nie mógł przewidzieć, dokąd ta rada zaprowadzi kolejne pokolenia naukowców.
Paradoks długich biegów i udaru cieplnego
W samych wytycznych z 1975 roku tkwił jednak paradoks, który Noakes wychwytuje od razu. Zachęcały do picia w długich biegach - powyżej 16 kilometrów - podczas gdy udar cieplny w rzeczywistości zdarza się znacznie częściej na krótkich, bardzo intensywnych dystansach rzędu 5-15 kilometrów, gdzie temperatura ciała rośnie gwałtownie, a organizm nie ma czasu, żeby się schłodzić.

Na dystansie maratońskim dzieje się coś odwrotnego: wysiłek trwa długo, tempo można regulować, a mózg ma czas, żeby zwolnić, zanim dojdzie do realnego zagrożenia. Wytyczne skierowano więc w stronę dystansu, na którym ryzyko było od początku najmniejsze.
Konferencja 1976: ostrożność, nie fanatyzm
Rok 1976 to szczyt boomu maratońskiego - odbywał się wtedy pierwszy nowojorski maraton prowadzony przez wszystkie 5 dzielnic miasta. Z tej okazji Akademia Nauk w Nowym Jorku zorganizowała konferencję medyczną, na której głos zabrali czołowi fizjolodzy tamtych lat.

Cyril Wyndham, fizjolog, którego badanie z 1969 roku dało początek całemu mitowi picia na zapas, mówił o udarze cieplnym u maratończyków i cytował Adolphe’a Abrahamsa: jedyną poważną groźbą jest upał. Sam Abrahams w 38 latach kariery widział tylko 1 śmiertelny przypadek udaru cieplnego. Jokl i Melzer pisali jeszcze wcześniej, że według ich wiedzy nie odnotowano ani jednego potwierdzonego zgonu sportowca z powodu udaru cieplnego. Ethan Nadel z Yale mówił o adaptacji treningowej jako ochronie przed przegrzaniem - bez żadnej roli picia w tym mechanizmie. Sam Costill wypowiadał się przeciwko elektrolitom na trasie. Jedynym, kto podał konkretne tempo picia, był Wyndham - 900 mililitrów na godzinę. Wszyscy eminentni fizjolodzy maratonu w 1976 roku traktowali picie na trasie z obojętnością albo ostrożnością, nie z fanatyzmem.
Jak pułapka zaczęła się rozszerzać
Skąd więc wzięło się później hasło „litr na godzinę” i „pij maksymalnie”? Na pewno nie z tej konferencji. Kolejny krok w historii wytycznych zrobiło wojsko - Amerykański Instytut Badań Medycyny Środowiskowej (USARIEM) potraktował wodę jako broń taktyczną, zalecając dawki sięgające niemal 1,89 litra na godzinę.

Ta wojskowa doktryna przeniknęła później do cywilnych wytycznych z 1987 i 1996 roku. Punkt wyjścia z 1975 roku - pij często, ale tylko na długim dystansie - był umiarkowany i oparty na rozsądnych przesłankach. Pułapka zaczęła się rozszerzać dopiero, gdy laboratorium i wojsko zaczęły zastępować naturalne pragnienie sztywnym rozkazem. W następnym artykule sprawdzimy dokładnie, jak wojskowa doktryna „wody jako broni taktycznej” i wytyczne ACSM z 1987 roku zbudowały mit, że samo odwodnienie zabija.















































































