Cynthia Lucero, Boston 2002
15 kwietnia 2002 roku 28-letnia Cynthia Lucero biegła swój drugi w życiu maraton - w Bostonie, na rzecz funduszu charytatywnego. Z zawodu była doktorem psychologii klinicznej, świeżo po obronie pracy doktorskiej o tym, jak trening maratoński wpływa na bliskich osób chorych na raka.


Tim Noakes, autor książki „Waterlogged: The Serious Problem of Overhydration in Endurance Sports”, poświęca jej całą dedykację i zaczyna od jej historii pierwszy rozdział - nie dlatego, że była wyjątkowym przypadkiem, ale dlatego, że była dokładnym przeciwieństwem: przeciętną, dobrze przygotowaną biegaczką, która zrobiła dokładnie to, czego uczyła wtedy „mądra” kultura biegania. Jak podkreśla Noakes, nie doszło do tego przez żadną jej osobistą winę - jej jedynym błędem było uwierzenie, że powszechnie głoszona rada o nawadnianiu musi być prawdziwa.
Paradoks pogody: było chłodno, nie gorąco
Gdyby ta historia miała klasyczny scenariusz udaru cieplnego, spodziewalibyśmy się upalnego dnia. Tymczasem warunki tego popołudnia w Bostonie były wręcz przeciwne: temperatura powietrza sięgała około 11 stopni Celsjusza, przy wysokiej wilgotności, mgle i wietrze. Cynthia nie biegła szybko - jej tempo, z odcinkami marszu, wynosiło około 7 kilometrów na godzinę, znacznie wolniej niż czołówka stawki.

To nie był dzień, w którym organizm „płonie” od upału. A mimo to przy 22. mili, w okolicy Cleveland Circle, Cynthia upadła i straciła przytomność.
Pierwsza myśl: udar cieplny? Nie tym razem
Pierwszą myślą ratowników i mediów było odwodnienie albo udar cieplny - standardowy scenariusz w głowach wychowanych na marketingu napojów sportowych. Dane szpitalne i późniejsza autopsja pokazały jednak coś zupełnie innego: Cynthia zmarła z powodu hiponatremii, czyli zbyt niskiego stężenia sodu we krwi, prowadzącej do obrzęku mózgu - stanu, w którym komórki mózgu pęcznieją od nadmiaru wody.

Organizm został dosłownie zalany płynami - w tym dużymi ilościami napoju izotonicznego i wody. Nie od zbyt małej ilości picia. Od picia zdecydowanie za dużego, zgodnie z popularną wtedy radą: pij maksymalnie, wyprzedzaj pragnienie.
Dowody: liczby, które nie kłamią
Gdy Cynthia rozpoczynała bieg, stężenie sodu w jej krwi wynosiło w przybliżeniu typowe dla zdrowego człowieka około 140 mmol na litr. Godzinę po utracie przytomności, w szpitalu, zmierzono zaledwie 113 mmol na litr - wartość dramatycznie niską. W jej moczu wciąż był obecny sód, mimo że przy tak niskim poziomie we krwi organizm powinien go zatrzymywać za wszelką cenę.

To sygnał, że nerki dostały błędny rozkaz zatrzymywania wody, zamiast się jej pozbywać. Sama autopsja potwierdziła wprost: przyczyną śmierci było wypicie zbyt dużej ilości płynu, w tym dużych ilości napoju izotonicznego.
Mechanizm: dlaczego woda staje się trucizną
Stężenie sodu we krwi jest utrzymywane w bardzo wąskim, ściśle kontrolowanym zakresie. Gdy do organizmu trafia więcej wody, niż jest w stanie wydalić, sód we krwi się rozcieńcza. Komórki mózgu, w przeciwieństwie do większości innych tkanek, silniej bronią się przed kurczeniem niż przed puchnięciem - więc zaczynają wchłaniać wodę i pęcznieć.

Problem w tym, że czaszka jest sztywna - mózg nie ma dokąd się rozszerzyć. Do tego dochodzi mechanizm hormonalny: zespół nieprawidłowego wydzielania hormonu antydiuretycznego (SIADH), w którym nerki - zamiast wydalać nadmiar wody - dostają sygnał, żeby ją zatrzymywać, dokładnie w najgorszym możliwym momencie. Bez tego zaburzenia hormonalnego samo picie za dużej ilości płynu rzadko prowadzi do aż tak poważnych konsekwencji.
Dlaczego elektrolity w napoju izotonicznym nie pomogły
Kluczowe pytanie brzmi: czy sód zawarty w napoju izotonicznym mógł ją uratować? Noakes przelicza to dokładnie: gdyby Cynthia w ogóle nie piła podczas biegu, straciłaby w pocie około 2,5 kilograma płynu - a jej sód we krwi by wzrósł, nie spadł, bo w pocie tracimy proporcjonalnie więcej wody niż sodu.

Żeby jej sód spadł do poziomu, przy którym straciła przytomność, musiała wypić w trakcie biegu kilka litrów płynu ponad to, co wypociła - w tempie zbliżonym do jednego litra na godzinę. To tempo picia było niemal identyczne z tym, które rekomendowały wtedy reklamy napojów sportowych publikowane w czasopismach biegowych na początku 2002 roku. Innymi słowy: piła dokładnie tyle, ile jej kazano - i to właśnie ta ilość ją zabiła, niezależnie od tego, że napój zawierał elektrolity.
Szpital w Bostonie: seria decyzji, nie jedna
To, czy pacjentka z tak poważną hiponatremią przeżyje, zależy nie od jednej decyzji, tylko od całego łańcucha wyborów - najpierw ratowników, potem lekarzy na izbie przyjęć. W 2002 roku było już opublikowane badanie pokazujące, że w takich przypadkach ratuje podanie stężonego, 3-procentowego roztworu soli, podczas gdy standardowa, zwykła kroplówka fizjologiczna (0,9%) może stan tylko pogorszyć, bo dokłada kolejny płyn do organizmu, który i tak jest już przewodniony.

Tomografia komputerowa wykazała obrzęk mózgu. Po kilku godzinach bez żadnej aktywności elektrycznej w zapisie EEG, Cynthia została uznana za martwą mózgowo. Zgodnie z jej wcześniej wyrażoną wolą, jej narządy - nerki, serce, wątroba, trzustka, płuca i rogówki - uratowały życie pięciu innym, ciężko chorym kobietom.
Kontrast z pustynią Kalahari
Noakes zestawia tę historię z drugą, pozornie ekstremalną sytuacją - polowaniem wytrwałościowym ludu San z pustyni Kalahari. Łowca Karoha Langwane, sfilmowany podczas badań naukowych, biegł przez 6 godzin w temperaturze 40-46 stopni Celsjusza, pokonując dystans zbliżony do maratonu, po znacznie trudniejszym, piaszczystym podłożu - wypijając w tym czasie łącznie około 1 litra płynu.

Nie doszło u niego ani do udaru cieplnego, ani do śmierci z odwodnienia - jedynym objawem było zwykłe pragnienie po zakończonym polowaniu. Człowiek ewolucyjnie zaprojektowany do biegania w ekstremalnym upale przeżył 6 godzin niemal bez picia, podczas gdy inna osoba zginęła na chłodnym maratonie, mając nieograniczony dostęp do napojów.
Waterlogged, czyli zalany wodą
To zestawienie nie jest dowodem na to, że pustynia Kalahari jest łatwiejsza niż Boston. To dowód porażki złej teorii nawadniania. Ciało, jak pokazuje Noakes, samo w sobie radzi sobie znakomicie z regulacją płynów - problem pojawia się dopiero, gdy każemy mu pić według cudzej, oderwanej od rzeczywistości tabeli, zamiast pozwolić mu słuchać własnego pragnienia.

Stąd tytuł całej książki - Waterlogged, czyli dosłownie „zalany wodą”. Cynthia Lucero nie zignorowała sygnałów swojego ciała z kaprysu czy niewiedzy. Zrobiła dokładnie to, czego nauczyła ją obowiązująca wtedy, powszechnie akceptowana wiedza. I to jest najbardziej niepokojące w całej tej historii: ofiarą padła osoba, która wierzyła w dobrą radę.
Pozostaje pytanie, które Noakes stawia zaraz po tej historii: czy ludzkie ciało jest kruchą maszyną, skazaną na katastrofę bez bidonu podawanego co kilometr - czy raczej systemem, który przez miliony lat ewolucji nauczył się radzić sobie samodzielnie. Właśnie starciu tych dwóch teorii, katastrofy i przetrwania, poświęcony jest kolejny artykuł.



































































