Dwie skrajności, jeden cel
Wyobraź sobie plan treningowy, który na początku sezonu każe Ci robić dwie zupełnie przeciwstawne rzeczy: bardzo długie, bardzo wolne wybiegania oraz bardzo krótkie, bardzo intensywne sprinty. Żadne z nich nie przypomina tempa, w jakim pobiegniesz na zawodach. To nie błąd w planie - to punkt wyjścia w modelu treningowym, który Steve Magness, autor książki „The Science of Running”, nazywa lejkiem. Na górze lejka trenujesz skrajności, bo to one najskuteczniej budują dwa filary formy: bazę tlenową (bardzo wolno) i moc mięśniową (bardzo szybko). Problem w tym, że nikt nie wygrywa zawodów, będąc jednocześnie mistrzem sprintu na 60 metrów i mistrzem truchtu na trzy godziny - te dwie skrajności trzeba w końcu połączyć w jedno, konkretne tempo startowe.

Pytanie brzmi: jak zejść z góry lejka na jego dno, nie wpadając po drodze w przepaść przetrenowania albo niedotrenowania? Magness opisuje na to konkretny mechanizm, który nazywa „zaciskaniem lejka” - i to on jest tematem tego artykułu.
Zaciskanie lejka: dwa suwaki
Najprościej wyobrazić to sobie jako dwa suwaki, które przez cały sezon powoli przesuwasz w stronę wspólnego środka. Pierwszy suwak to wytrzymałość - startuje bardzo daleko od tempa startowego i z tygodnia na tydzień się do niego zbliża. Drugi suwak to szybkość - startuje po drugiej stronie skali i również zbliża się do tego samego punktu. Oba suwaki poruszają się w przeciwnych kierunkach, ale mają jeden wspólny cel: spotkanie się na dnie lejka, dokładnie w tempie, w jakim pobiegniesz swój start.

To, co czyni ten model użytecznym, to fakt, że oba suwaki rządzą się dokładnie odwrotną logiką - a mimo to prowadzą do tego samego miejsca. Warto przyjrzeć się każdemu z osobna.
Suwak wytrzymałości: od luźnego rozbiegania do progu
Na początku sezonu Twoje długie wybieganie ma jeden cel: po prostu przetrwać dystans. To luźne, spokojne rozbieganie, w którym tempo praktycznie nie ma znaczenia. Z biegiem tygodni ten sam bieg zaczyna ewoluować. Najpierw dokładasz do niego żwawszą końcówkę. Potem wprowadzasz fragmenty w tzw. drugim zakresie intensywności. Aż w końcu, blisko startu, ten sam trening zamienia się w sesję progową - biegniesz odcinki bardzo blisko tempa, w jakim pokonasz 10 kilometrów albo półmaraton.

Zasada rządząca tym suwakiem jest prosta: wytrzymałość staje się z czasem coraz bardziej intensywna. Nie chodzi o to, żeby biegać dłużej niż na początku sezonu - chodzi o to, żeby ten sam mniej więcej dystans pokonywać w coraz szybszym, coraz bardziej wymagającym tempie. Suwak zbliża się do celu od dołu: od bardzo wolno w stronę tempa startowego.
Suwak szybkości: rozszerzanie prędkości
Drugi suwak działa dokładnie odwrotnie. Na starcie sezonu pracujesz z czystą prędkością - bardzo krótkimi, bardzo intensywnymi bodźcami, które dają ogromną moc, ale trwają zaledwie kilka sekund. Z biegiem sezonu ten sam rodzaj wysiłku musisz stopniowo wydłużać. Magness nazywa ten proces „rozszerzaniem szybkości” i opisuje go jako konkretną progresję czterech kroków.

Zimą to sprinty pod górę trwające około 10 sekund, wykonywane z maksymalną mocą. Wczesną wiosną ten sam bodziec zamienia się w odcinki 200 metrów na stadionie - wciąż bardzo szybkie, ale już nie na sto procent możliwości. Później, wraz ze zbliżającą się wiosną, pojawiają się dłuższe interwały 400-metrowe w tempie bliskim VO2max, trwające minutę, dwie. Na koniec, tuż przed startem, cała ta praca kondensuje się w kilometrowych powtórzeniach biegniętych dokładnie w tempie startowym. Innymi słowy: szybkość, zamiast zanikać, staje się z czasem coraz bardziej wytrzymała - suwak zbliża się do celu od góry, od bardzo krótko w stronę tempa startowego.
Dno lejka: tempo startowe na 4-6 tygodni przed zawodami
Oba suwaki, mimo że poruszają się w przeciwnych kierunkach, spotykają się w końcu w jednym punkcie - dokładnie w tempie startowym. Dzieje się to zwykle na 4-6 tygodni przed głównym startem sezonu. To moment, w którym Twój trening staje się najbardziej specyficzny: nie robisz już aż tylu skrajności, tylko coraz częściej wykonujesz dokładnie to, co będziesz robić na zawodach.

Weźmy przykład: jeśli Twoim celem jest przebiegnięcie 10 kilometrów w 50 minut, czyli w tempie 5:00 na kilometr, to na tym etapie sezonu Twoim głównym treningiem przestają być zarówno sprinty w tempie 3:00 na kilometr, jak i truchty w tempie 6:30 na kilometr. Zamiast tego biegasz odcinki dokładnie po 5:00 na kilometr - w tempie, w którym faktycznie pobiegniesz zawody. Obie skrajności zostały zaciśnięte do jednego, precyzyjnego punktu.
Największy błąd amatorów: porzucenie fundamentów
Tu pojawia się jednak pułapka, w którą wpada większość biegaczy-amatorów. Skoro na dnie lejka najważniejsze staje się tempo startowe, intuicja podpowiada, żeby całkowicie zrezygnować ze sprintów i długich, powolnych wybiegań - w końcu „teraz liczy się tylko tempo startowe”. Magness nazywa to największym błędem amatorów i ostrzega, że prowadzi on prosto do utraty fundamentów formy, które budowałeś przez cały sezon.

Zasada, którą Magness stawia obok modelu lejka, brzmi: nigdy niczego nie zostawiaj do końca. Nawet w szczycie formy skrajności z początku sezonu - sprinty i długie truchty - nie znikają z planu. Zmienia się tylko ich rola: z głównego bodźca zamieniają się w trening podtrzymujący, wykonywany rzadziej i w mniejszej objętości, ale wciąż obecny w grafiku. Magness porównuje to do kuchni: tempo startowe jest daniem głównym, a sprinty i truchty są przyprawami. Nie wyrzucasz przypraw tylko dlatego, że masz już mięso na patelni - robisz to rzadziej, ale nadal robisz.

Powód jest czysto fizjologiczny. Krótki, rzadki sprint wystarczy, żeby układ nerwowy nie zapomniał, jak rekrutować włókna szybkokurczliwe do maksymalnego wysiłku. Podobnie sporadyczny, bardzo wolny trucht utrzymuje w formie sieć naczyń włosowatych, które budowałeś na starcie sezonu. Bez tych podtrzymujących bodźców obie zdolności zaczynają cicho zanikać, mimo że na papierze Twój trening wygląda coraz bardziej „specyficznie”.
Lejek maratończyka i lejek średniodystansowca
Mechanika zaciskania lejka jest zawsze ta sama, ale jego kształt - a właściwie miejsce, w którym oba suwaki się spotykają - zależy od dystansu, do którego się przygotowujesz. Weźmy maratończyka. Jego lejek jest mocno przesunięty w stronę wytrzymałości, bo jego docelowa specyfika to długi, ekonomiczny bieg. Sprinty z początku sezonu służą mu głównie po to, żeby poprawić ekonomię biegu - rzadko schodzi z nimi aż do interwałów 400-metrowych, bo to zbyt daleko od jego celu. Zamiast tego zamienia sprinty od razu w biegi progowe.

Zupełnie inaczej wygląda to u średniodystansowca, startującego na 800 czy 1500 metrów. Jego lejek jest przesunięty w stronę kwasu mlekowego - musi zamienić czystą szybkość w wytrzymałość szybkościową, czyli tolerancję bólu przy wysokim zakwaszeniu mięśni. Dla niego długie, powolne wybieganie schodzi na dalszy plan i pełni głównie funkcję tła do regeneracji, a nie głównego narzędzia budowania formy.

Każdy biegacz ma więc swój własny lejek, wycelowany w nieco inny punkt - ale zasada rządząca całym procesem pozostaje uniwersalna, niezależnie od dystansu: od ogółu do szczegółu. Najpierw budujesz sprawnego, wszechstronnego atletę, a dopiero potem zamieniasz go w specjalistę od konkretnego dystansu.
Od ogółu do szczegółu: dlaczego zimą nie musisz być w formie
Ta zasada - od ogółu do szczegółu - ma bardzo praktyczną, uspokajającą konsekwencję. Zimą, na górze lejka, Twoim jedynym zadaniem jest być zdrowym, silnym i wszechstronnym atletą. Nie martwisz się jeszcze tempem startowym, bo na tym etapie ono po prostu Cię nie dotyczy. Dopiero na wiosnę, gdy suwaki zaczynają się zbliżać do dna lejka, zaczynasz „rzeźbić” formę pod konkretny start.

Innymi słowy: jeśli w grudniu nie jesteś w stanie utrzymać tempa na swoją docelową dychę, to dobrze - na tym etapie sezonu wcale nie masz być w stanie tego zrobić. Masz trafić w punkt dopiero w kwietniu, na samym dnie lejka, gdy oba suwaki się spotkają. To optymistyczny wniosek, który zamyka całą teorię treningu, adaptacji i planowania: masz już lejek, dwa suwaki i całą inżynierię, która za nimi stoi.
Zanim jednak przejdziesz do konkretnych rozpisek i tempa startowego liczonego co do sekundy, warto zadać sobie jedno fundamentalne pytanie: dokąd właściwie z tym wszystkim zmierzasz? W następnym artykule sprawdzimy, dlaczego ślepa wiara w naukę, dane z zegarka GPS i wskazania laktometru może Cię zgubić - i dlaczego intuicja doświadczonego trenera bywa ważniejsza niż najdroższy sprzęt pomiarowy. Bo poza nauką o treningu jest jeszcze coś, czego żaden wykres nie zmierzy: sztuka trenowania.














































