Skąd w ogóle wziął się Gatorade
Tim Noakes, autor książki "Waterlogged: The Serious Problem of Overhydration in Endurance Sports", rekonstruuje w niej historię, która brzmi jak bajka o nauce, a pod spodem kryje się jeden szkolny mecz bez żadnej grupy kontrolnej. Większość zawodników w ogóle nie tknęła nowego napoju. Gwiazdor drużyny wygrywał mecze, popijając colę. A mimo to na tej podstawie powstał globalny biznes wart miliardy dolarów, zbudowany na tym samym błędnym założeniu co badanie Wyndhama z 1969 roku: skoro odwodnienie rzekomo prowadzi do katastrofy, trzeba pić maksymalnie dużo, zanim jeszcze poczujemy pragnienie.

Robert Cade i mit utraty wody
Twórcą napoju był Robert Cade, nefrolog z Uniwersytetu Florydy - specjalista od nerek i gospodarki płynami, człowiek honoru i filantrop, który wiele lat później sam przyzna, że konkurencyjne napoje sportowe to głównie marketing, nie nauka. W 1965 roku sam jednak wierzył w prosty model: utrata wody podnosi temperaturę ciała i grozi udarem cieplnym, więc trzeba pić z wyprzedzeniem. Szukał napoju, który miał ten problem raz na zawsze rozwiązać.

Sierpień 1965: pytanie, od którego wszystko się zaczęło
Punktem wyjścia było pytanie zadane przez Dwayne’a Douglasa, asystenta trenera, który po godzinach pracował też w szpitalu u Cade’a. Dlaczego po treningu w upale aż 25 zawodników drużyny futbolowej ląduje w szpitalu - i dlaczego prawie żaden z nich nie oddaje moczu? Trener Ray Graves pozwolił badać wyłącznie drużynę pierwszorocznych zawodników (freshmanów), nie główny skład. Cade wraz ze współpracownikiem, Dale’em Shiresem, zaczęli mierzyć wagę ciała, krew i mocz u 2 zawodników dziennie podczas treningu.

Mała próba, wielka legenda
Z tej bardzo małej próby - dosłownie 2 zawodników mierzonych dziennie - narodziła się wielka historia: rzekoma utrata aż 25% zapasów sodu podczas jednego treningu. Noakes otwarcie podważa te liczby jako niereprezentatywne dla tak śmiałego wniosku, ale narracja i tak poszła już w świat, zanim ktokolwiek zdążył ją zweryfikować na większej grupie.

Receptura, która smakowała jak płyn do czyszczenia toalety
Sama receptura powstała szybko: woda, sól, glukoza. Pierwsza wersja smakowała, jak ujęła to później prasa, jak środek do czyszczenia toalety - dopiero dodanie soku z cytryny, pomysł żony Cade’a, uczyniło mieszankę w ogóle wypijalną. Ciekawostka, którą Noakes wyciąga wprost z badań nad wchłanianiem jelitowym: sód w takim napoju wcale nie był fizjologicznie konieczny, bo trzustka i tak dosala płyn już w jelicie cienkim. Cade dodał sól mimo to - nie z twardej konieczności fizjologicznej, tylko z osobistego przekonania.

Toilet Bowl: mecz, w którym narodziła się legenda
1 października 1965 roku freshmani zagrali tradycyjny wewnętrzny sparing zwany Toilet Bowl przeciwko rezerwowej drużynie Varsity - zespołowi zwykle większemu i bardziej doświadczonemu, który w takich meczach niemal zawsze wygrywał. Po pierwszej połowie freshmani przegrywali 13:0. W przerwie dostali do picia nowy napój Cade’a. W drugiej połowie odrabiali straty touchdown za touchdownem, ostatecznie wygrywając 14:13.

Trener Graves był pod takim wrażeniem, że poprosił o ten sam napój na kolejny mecz - z Luizjaną State, wtedy piątą drużyną w kraju. Ekipa Cade’a pracowała całą noc, brakowało glukozy - Douglas, jako pracownik szpitala z dostępem do kluczy, otworzył laboratorium i pożyczył potrzebne składniki. Rano w szpitalnej zamrażarce stało już 100 litrów gotowego napoju.
Czy to w ogóle udowodniono? Placebo w czystej postaci
Czy skuteczność napoju została w ten sposób naukowo potwierdzona? W żadnym razie. Zero grupy kontrolnej, zero zaślepienia - klasyczny efekt placebo w niemal podręcznikowej postaci. I to wcale nie słaby efekt: późniejsze badania pokazują, że osoba przekonana, że pije napój z węglowodanami, a w rzeczywistości dostająca zwykłą wodę, biega o około 2% lepiej niż osoba świadoma, że pije samą wodę.

Do tego dochodzi jeszcze jeden szczegół, który zwykle ginie w opowieści: większość zawodników na boisku w meczu z LSU w ogóle nie piła nowego napoju przy linii bocznej. Napój był dla wszystkich niespodzianką - przeciwnicy nie mieli pojęcia, że biorą udział w eksperymencie. Jim Free, który wymyślił samą nazwę „Gatorade”, powiedział później wprost: gdyby wtedy przegrali, nikt nigdy więcej nie usłyszałby o tym napoju. Floryda wygrała 14:7 - i legenda mogła się narodzić.
Spurrier i Cola: pęknięcie legendy
Kolejny sezon zaczął się od sporu o cenę. Cade chciał sprzedawać napój drużynie po 5 dolarów za galon - trener Graves odmówił, uznając to za zbyt drogie. Sezon ruszył więc bez Gatorade. Już pierwszego dnia treningów 7 zawodników trzeba było leczyć z powodu choroby cieplnej, drugiego dnia - już 17. Trener zadzwonił do Cade’a: napój był potrzebny za każdą cenę. Cena podskoczyła do 10 dolarów za galon.
Drużyna zakończyła sezon bilansem 8 zwycięstw i 2 porażek - najlepszym w historii uczelni do tamtej pory. Steve Spurrier zdobył za ten sezon trofeum Heismana dla najlepszego zawodnika akademickiego futbolu w kraju. Sam Spurrier, pytany wprost o rolę napoju, odpowiedział bez ogródek: nie ma pojęcia, czy Gatorade pomógł mu w drugiej połowie meczów - bo w tamtym sezonie pił głównie zwykłą Coca-Colę.

Porażka, która stała się najlepszą reklamą
Sam Cade przetestował też scenariusz odwrotny. W meczu z Georgią, po 7 wygranych z rzędu, celowo ukrył Gatorade - albo po prostu zostawił go w Gainesville. Floryda przegrała 26:10, nie zdobywając w drugiej połowie ani jednego punktu. Po sezonie trener Graves i tak chwalił napój w wywiadach, a agencja prasowa opublikowała artykuł zatytułowany mniej więcej „przerwa na orzeźwienie dzięki Gatorade” - klasyczny marketing zrodzony wprost z porażki wywołanej własnym eksperymentem.

Orange Bowl: kto naprawdę pił co w przerwie
Finał sezonu, mecz Orange Bowl, dołożył ostatni, najbardziej ironiczny akcent do całej legendy. Po przegranym meczu trener drużyny przeciwnej powiedział w mediach wprost: przegraliśmy, bo to Floryda miała Gatorade, a my nie. Brzmi jak gotowa reklama napoju. Tyle że Spurrier, gwiazda i bohater sezonu po stronie Florydy, powiedział reporterom coś zupełnie innego: na przerwie dostali colę, nie Gatorade.

Cała opowieść o cudownym napoju z elektrolitami zbudowała się więc na meczach, które wygrywał człowiek pijący dokładnie to samo, co kibice na trybunach. Noakes nie oczernia przy tym samego Cade’a - pisze o nim z wyraźnym szacunkiem. Kwestionuje jednak logiczny skok od jednego, niekontrolowanego meczu do zasady obowiązującej cały świat: pij bez przerwy, bo inaczej grozi katastrofa.
Jak z jednego meczu powstał biznes wart miliardy
Zaledwie 2 lata po tym pierwszym meczu z nowym napojem firma Stokely-Van Camp wykupiła prawa do produktu, a Kansas City Chiefs zostali pierwszą drużyną ligi NFL, która oficjalnie go używała. Co ciekawe, prawdziwe publikacje naukowe Cade’a pojawiły się dopiero w latach 70. - w dużej mierze przez spór prawny uczelni o należne jej tantiemy (Uniwersytet Florydy miał otrzymywać 20% z zysków, a fundusz powiernic zbudowany na tych tantiemach urósł ostatecznie do około 400 mln dolarów), nie z czystej ciekawości akademickiej. Do 2005 roku łączna sprzedaż napoju sięgnęła co najmniej 18 miliardów dolarów.

Sam Cade przyznawał czasem otwarcie: żałuje, że w ogóle to wymyślił - gdyby Gatorade nie istniał, jego życie byłoby prostsze. Powerade, Lucozade i dziesiątki innych marek na całym świecie skopiowały dokładnie tę samą podstawową formułę: woda, cukier i odrobina soli. Nauka oparta na obserwacji 2 zawodników podczas jednego treningu stała się obowiązującą moralnością dla miliardów biegaczy na całym świecie.
Co ciekawe, własne, późniejsze badania Cade’a z lat 70. wcale nie potwierdzają straszaka udaru cieplnego, na którym zbudowano całą legendę: w 97 obserwowanych startach odnotowano zero przypadków udaru cieplnego, nawet u zawodników, którzy w ogóle nie pili - a sód we krwi w tym czasie rósł, nie spadał. Gatorade Sports Science Institute zbudował z tych samych danych slogan „pij maksymalnie, bo inaczej grozi katastrofa”, mimo że same publikacje naukowe czegoś takiego nigdy nie dokumentowały. W kolejnym artykule sprawdzimy dokładnie, dlaczego udar cieplny podczas maratonu w praktyce niemal nie istnieje - i jak leczenie tego rzadkiego zagrożenia stworzyło chorobę, która naprawdę zabija.











































































