Finał serii: oficjalna odpowiedź na trzydzieści lat marketingu
International Marathon Medical Directors Association (IMMDA) to ludzie, którzy stoją przy mecie i widzą, co naprawdę dzieje się z ciałem biegacza po 42 kilometrach. W 2001 roku ich ówczesny przewodniczący, Lewis Maharam, zaprosił na konferencję przy maratonie w Nowym Jorku Tima Noakesa - południowoafrykańskiego naukowca i autora książki "Waterlogged: The Serious Problem of Overhydration in Endurance Sports" - i poprosił go o coś konkretnego: oficjalny plan picia dla wszystkich maratonów pod opieką stowarzyszenia. Ten ostatni rozdział książki Noakesa jest właśnie tą odpowiedzią - po trzydziestu latach agresywnego marketingu napojów izotonicznych, wreszcie skierowaną wprost do biegacza stojącego na mecie.
Maharam nie działał na ślepo - wcześniej sam stosował podejście wypracowane w RPA i widział mniej przypadków hiponatremii oraz prostszą opiekę medyczną na mecie. Cała odpowiedź IMMDA da się streścić w jednym zdaniu, które zamyka trzydzieści lat sporu: przestań wyprzedzać pragnienie.

Maraton przestał być wyścigiem elity
Dlaczego dopiero w 2001 roku? Bo maraton przestał być dyscypliną elity. W Bostonie w 1975 roku 100% finiszerów kończyło poniżej 3 godzin i 30 minut. W Nowym Jorku w 2001 roku było to już tylko 10,8% - prawie 70% zawodników finiszowało powyżej 4 godzin. Ta sama rada picia dla kogoś biegnącego w 2 godziny i 7 minut oraz dla kogoś kończącego po ponad 4 godzinach to zwyczajny absurd, tym bardziej że wytyczne z lat 90. powstały na podstawie badań laboratoryjnych bez wiatru, w upale przypominającym wybrzeże Pacyfiku, podczas gdy realne starty odbywały się nierzadko w chłodnej Europie.

IMMDA rozdzieliła więc ryzyko na dwie grupy. Elita, krótki dystans i duża intensywność w cieple to grupa zagrożona udarem cieplnym. Wolny marszobieg, 5 godzin na trasie i stacja z wodą co kilometr to grupa zagrożona przelewem. Wolni biegacze prawie nigdy nie dostają na maratonie udaru cieplnego - za to dostają hiponatremii, bo piją dokładnie tak, jakby biegli w tempie zawodowców.

Pięć wytycznych IMMDA i dowód z 33 000 biegaczy
Zamiast jednej magicznej liczby, IMMDA dała 5 konkretnych wytycznych: dokładna diagnoza (nie każdy leżący na mecie ma odwodnienie); brak jednej porady dla wszystkich (każdy ma wbudowany termometr - nazywa się pragnieniem); rozpoznanie udaru cieplnego tylko przy zaburzonej świadomości i temperaturze powyżej 41 stopni, leczonego chłodzeniem całego ciała, nie kroplówką; traktowanie kolapsu po mecie jako najczęściej zwykłego spadku ciśnienia, nie choroby; oraz picie w tempie 400-800 mililitrów na godzinę, według pragnienia.

Skąd akurat ten przedział? Biegacze naturalnie piją średnio około 500 mililitrów na godzinę, a ryzyko hiponatremii wyraźnie rośnie, gdy wolniejsi zawodnicy przekraczają litr na godzinę. Górna granica 800 ml/h to bufor bezpieczeństwa, nie licencja na przelewanie się - u szczególnie podatnych osób choroba może wystąpić nawet przy piciu poniżej 750 ml/h. Noakes i jego zespół w RPA przebadali 33 000 biegaczy na czterech ultramaratonach na dystansie 56 kilometrów przy zerowej agresywnej rehydratacji dożylnej, z identycznym wynikiem wśród 1000 finiszerów Ironmana.
Część organizatorów zmieniła też samą infrastrukturę trasy: stacje z wodą co 5 kilometrów zamiast co kilometr, żeby ograniczyć pokusę wzięcia kubka tylko dlatego, że akurat leży pod ręką. Południowoafrykański Ironman ograniczył dostępność płynów i uczy biegu według pragnienia - Chrissie Wellington pobiła na tych zasadach rekord świata w 2011 roku. Amerykański świat sportu przyjął te zasady oficjalnie tydzień przed maratonem bostońskim w 2003 roku, rok po śmierci Cynthii Lucero: USA Track and Field zaleciło wrażliwość na pragnienie jako sygnał do picia, bez wyprzedzania go. Efekt widać w danych: Ironman w RPA w 2001 roku odnotował najniższy znany odsetek zawodników szukających pomocy medycznej właśnie przy tych bardziej konserwatywnych zasadach.
Połowiczne zwycięstwo ACSM 2007
A co z ACSM, amerykańskim kolegium medycyny sportowej, które przez lata powtarzało „pij maksymalnie, ile tolerujesz”? W 2007 roku wydali nowy dokument, odchodzący od tej formuły na rzecz indywidualizacji, i napisali wprost: przelewanie się z objawową hiponatremią jest bardziej niebezpieczne niż odwodnienie. Brzmi jak zwycięstwo Noakesa.

Jest jednak haczyk. Ten sam dokument wciąż twierdzi, że odwodnienie zwiększa ryzyko udaru cieplnego, bez żadnych dowodów; wciąż wiąże skurcze łydek z solą i wodą, mimo że to problem nerwowo-mięśniowy; wciąż trzyma się hipotezy utraty sodu jako przyczyny hiponatremii, mimo danych Irvinga i Speedy’ego. Do tego dochodzi znajomy konflikt interesów: 6 autorów dokumentu z 2007 roku było powiązanych z Gatorade i Gatorade Sports Science Institute.

Michael Sawka, główny autor dokumentu z 2007 roku, w 1991 roku pisał coś zupełnie innego: objętość picia to sprawa indywidualna, sztywne modele po prostu nie działają. Coś się więc zmieniło między marketingiem a nauką - ale nie wszystko. Nadal można kupić kalkulator płynów sugerujący picie na poziomie 1400 mililitrów na godzinę.
Demontaż mitów hydratacji
Pozostaje jeszcze temat mitów, na których zbudowano cały przemysł napojów sportowych. Dwa z nich są szczególnie uparte: przekonanie, że samo picie chroni przed udarem cieplnym, oraz że tylko człowiek ma zawodne pragnienie, podczas gdy reszta zwierząt jakoś radzi sobie bez tabelki mililitrów. Żadne z tych twierdzeń nie wytrzymuje konfrontacji z danymi, które Noakes przytacza w książce.
Mit jednej liczby dla wszystkich jest równie uparty: w latach 90. zalecano 600 do 1200 mililitrów na godzinę, potem 400 do 800 - jakby elitarny Haile Gebrselassie i wolny marszobiegacz kończący dystans w 8 godzin mieli identyczny żołądek. Nie mają: zawodnicy ultramaratonów na Alasce potrafią pić zaledwie 100 mililitrów na godzinę, żeby nie zamarznąć we własnym pocie, a zawodnik futbolu amerykańskiego na pozycji liniowego bywa w stanie wypocić i wypić nawet 3000 mililitrów na godzinę. Jedna rada zawsze komuś daje za mało, a komuś za dużo - uniwersalna liczba to loteria, a Cynthia Lucero wylosowała w niej śmierć.

Skoro nie jedna liczba, to co? Zacznijmy od tego, czego nie trzeba: soli. Mimo że Gatorade od samego początku zawiera sól, sama sól nie zmienia tempa wchłaniania ani wody, ani glukozy - to wyłącznie kwestia smaku i efekt placebo, nie realna ochrona przed hiponatremią.

Bidon to paliwo, nie kroplówka
To, co realnie decyduje o tempie wchłaniania płynu, to glukoza - optymalnie w roztworze o stężeniu około 6%. Konsensus naukowy z konferencji w Kapsztadzie w 2005 roku potwierdził: brak dowodów, że sól w napoju chroni przed hiponatremią, a przy przelewie dodatkowy sód w dużej objętości płynu może wręcz pogorszyć stan. Rada Noakesa brzmi prosto: sól tylko dla smaku, nigdy więcej niż podpowiada apetyt.
Węglowodany to zupełnie inna sprawa - tak, jeśli biegniesz dłużej niż 2 godziny. Tu wraca historia Bruce’a Fordyce’a, 9-krotnego zwycięzcy ultramaratonu Comrades: w 1979 roku, 20 kilometrów przed metą, zaczął wyraźnie słabnąć. Jego ojciec, lekarz, podał mu wtedy Coca-Colę z cukrem. Kilka minut później Fordyce wrócił do biegu i finiszował na trzecim miejscu. Odkrycie było proste: to nie woda ratowała wynik, tylko cukier we krwi.

Fordyce budował później razem z Noakesem własny napój od zera, składnik po składniku, inaczej niż Gatorade. Wniosek okazał się prosty: rodzaj węglowodanu ma mniejsze znaczenie niż jego ilość - optymalnie około 60 gramów na godzinę przy wysiłku dłuższym niż 2 godziny, co odpowiada 600 mililitrom 10-procentowego roztworu albo żelowi popitemu niewielką ilością wody. Bidon to paliwo, nie kroplówka przeciw słońcu - liczy się zachowanie picia, nie sama ilość wody w organizmie. Nawet sam Fordyce, na Comrades w 2009 roku, miał wyścig z tak wieloma pomocnikami podającymi mu wodę, że chlupała mu w brzuchu pod gardłem - a mimo to pił dalej, żeby nikogo nie urazić. Najtrudniejszy bieg jego życia wziął się z przelania się wodą, nie ze słońca.

Praktyka na mecie: rozpoznaj, zanim podasz kroplówkę
Najczęstszy powód, dla którego ktoś pada zaraz po przekroczeniu linii mety, to wcale nie odwodnienie. To EAPH - kolaps ortostatyczny po wysiłku: nagłe zatrzymanie biegu sprawia, że krew opada do nóg, a mózg na chwilę zostaje bez pełnego dopływu. Brzmi groźnie, ale nie jest niebezpieczne - wystarczy położyć zawodnika płasko, z nogami i miednicą uniesionymi powyżej poziomu serca. Objawy znikają natychmiast. To, co Noakes nazywa „mistrzowską bezczynnością” - czasem najlepszym leczeniem jest nicnierobienie, zdecydowanie nie kroplówka na odwodnienie.

Jeśli samo ułożenie nie pomaga, to znak, że to jednak nie EAPH, tylko coś poważniejszego. Objawy hiponatremii z obrzękiem mózgu pojawiają się w konkretnej kolejności: najpierw gorszy wynik na trasie, już przy przyroście masy ciała powyżej 1%, potem opuchnięta twarz i dłonie, coraz ciaśniejszy pasek zegarka, nudności i wymioty czystej wody - coś fizjologicznie niemożliwego przy odwodnieniu, bo wysuszony żołądek po prostu nie ma czym wymiotować litrami. Dalej pojawia się ból głowy od rosnącego ciśnienia w czaszce, zmieniona świadomość przypominająca upojenie alkoholowe, a w skrajnym stadium - drgawki.

Noakes opisuje pacjenta, którego z początku uznał za nieuprzejmego biznesmena - minutę po podaniu 100 mililitrów kroplówki z 3-procentową solą ten sam człowiek był już trzeźwy, uprzejmy i dopytywał, co się właściwie stało. Niesamowite i zarazem groźne, bo stan ten wygląda dokładnie jak upojenie alkoholowe - dlatego przez lata leczono go jak odwodnienie, i ludzie umierali. Dla porównania: przy prawdziwym odwodnieniu na pustyni, jak pokazały jeszcze wojskowe badania z 1947 roku, żołnierze zachowują pełną przytomność umysłu - po prostu w pewnym momencie nie są już w stanie iść dalej.
Trzeci możliwy scenariusz to udar cieplny: temperatura ciała powyżej 41 stopni, agresja, utrata kontroli, śpiączka - leczeniem jest lód i zimna woda na całe ciało, nigdy bidon, nigdy izotoniczna kroplówka. Skrócona zasada dla każdego wolontariusza medycznego: przy puchnięciu i wymiotach czystej wody podaj 3-procentową sól; przy zawrotach głowy zaraz po mecie - połóż i unieś nogi; przy wysokiej temperaturze i agresji - chłodź całe ciało; przy zwykłym odwodnieniu jedynym objawem jest pragnienie, a lekiem picie. Kolor moczu na mecie nic wiarygodnego nie mówi - przy hiponatremii i zatrzymaniu wody bywa mimo wszystko skoncentrowany. Jedynym sensownym testem przed podaniem jakiejkolwiek kroplówki pozostaje pomiar sodu we krwi.
Pragnienie wystarczy: finał serii
Cztery punkty profilaktyki zamykają książkę: pij według pragnienia, nie wcześniej. Stacje co 5 kilometrów, nie co kilometr. Personel medyczny: zawsze diagnoza i pomiar sodu przed kroplówką. Kolaps po mecie bez innych objawów: połóż, unieś nogi.

Cała książka daje się streścić w kilku zdaniach: pragnienie wystarcza. Odwodnienie nie jest chorobą. Węglowodany przy długim wysiłku - tak, jeśli organizm jest do nich przyzwyczajony. Dodatkowa sól ponad to, co podpowiada smak - nie. I uważaj na to, w co wierzysz, bo ktoś zwykle na tym zarabia.
Na tym kończy się cała podróż przez „Waterlogged”: od mitu Wyndhama, przez narodziny Gatorade i globalną epidemię hiponatremii, aż po ten ostatni, praktyczny rozdział. Biegnij. Słuchaj ciała. Nie przelewaj się. A jeśli zobaczysz kogoś wymiotującego czystą wodą przy linii mety, nie wołaj kroplówki na odwodnienie - wołaj kogoś, kto zmierzy sód i wie, że roztwór 3-procentowej soli może uratować życie, a zwykła, izotoniczna kroplówka może je odebrać.

















































































