Pułapka laboratoryjna
Tim Noakes, lekarz i fizjolog wysiłku, autor książki „Waterlogged: The Serious Problem of Overhydration in Endurance Sports”, pokazuje, skąd naprawdę wzięły się wytyczne każące pić maksymalnie dużo płynów podczas wysiłku. W 2005 roku oficjalna rada po maratonie w Dallas brzmiała: pij wodę od razu po mecie, a w trakcie biegu około 650 mililitrów na godzinę - mimo że już 20 lat wcześniej ostrzegano, że taka strategia grozi hiponatremią z obrzękiem mózgu u wolnych biegaczy.
Głównym problemem tej rekomendacji nie była zresztą sama liczba, tylko nakaz picia jej w ciemno, bez względu na pragnienie, budowę ciała czy warunki pogodowe. Kiedy 650 mililitrów na godzinę to zdecydowanie za dużo? Choćby dla drobniejszych zawodników - kobieta ważąca 55 kilogramów, biegnąca w tempie amatorskim, potrzebuje znacznie mniej płynów niż 90-kilogramowy mężczyzna biegnący tym samym tempem. Podobnie w chłodne dni: jeśli maraton odbywa się przy temperaturze 8-12 stopni, potliwość jest minimalna, a wmuszanie w siebie ponad pół litra wody co godzinę szybko prowadzi do przewodnienia, nie do ochrony przed nim. To samo dotyczy wolnego tempa - bieg w wolnym tempie generuje mniej ciepła metabolicznego niż sprint, więc organizm poci się mniej i po prostu potrzebuje mniej płynu do uzupełnienia.
Sprawę pogarsza dodatkowo twardy, fizjologiczny limit wchłaniania: ludzki żołądek podczas intensywnego biegu jest w stanie realnie opróżnić się z około 400 do 800 mililitrów płynu na godzinę, a górna granica tego przedziału dotyczy dużych, mocno pocących się zawodników biegnących w pełnym słońcu. Picie 650 mililitrów na godzinę przez drobną osobę w chłodny dzień oznacza więc, że woda zacznie „chlapać” w żołądku, a nerki nie nadążą z jej wydalaniem. Noakes traktuje ten rozdźwięk między jedną sztywną liczbą a realnymi potrzebami konkretnego biegacza jako miarę tego, jak daleko odeszła praktyka od faktycznych podstaw naukowych.

Nie wszystko w tej historii jest sporne - węglowodany podczas wysiłku rzeczywiście poprawiają wynik, prawdopodobnie za sprawą mózgu: receptory w jamie ustnej informują go, że paliwo nadchodzi, dzięki czemu wysiłek wydaje się lżejszy i można biec mocniej albo dłużej. Problem zaczyna się gdzie indziej - w samej metodzie badań, na których zbudowano całą resztę zaleceń dotyczących picia.
Miary zastępcze: zdrowi ochotnicy, wnioski dla wszystkich
Gdyby Gatorade podlegał takim samym regulacjom jak lek, testowano by go na osobach faktycznie podatnych na udar cieplny albo hiponatremię. W rzeczywistości badano zdrowych ochotników, bez ryzyka żadnej z tych chorób - a wnioski i tak rozciągano na całą populację biegaczy. Wzrost temperatury ciała podczas testu uznawano za sygnał nadciągającego udaru. Spadek sodu we krwi - mimo że u większości biegaczy podczas wysiłku sód akurat rośnie - traktowano jako zapowiedź hiponatremii.

Noakes porównuje to do testowania aspiryny na całkowicie zdrowych ludziach, mierzenia u nich lekko podwyższonej temperatury i ogłaszania na tej podstawie, że lek ratuje przed zapaleniem płuc.
Merckx bez wiatru: laboratorium kontra Tour de France
Po piątym zwycięstwie w Tour de France belgijski kolarz Eddy Merckx wjechał na ergometr we francuskim laboratorium. Na trasie wyścigu generował własnym ruchem wiatr czołowy równy swojej prędkości - przy 40 kilometrach na godzinę to realne, skuteczne chłodzenie. W pomieszczeniu bez odpowiedniego przewiewu zaczynał z entuzjazmem - i zrezygnował po około godzinie, zmęczony i przemoczony potem. Na Tourze ten sam człowiek jeździł po 6 godzin dziennie w podobnym upale. Jedyna różnica: brak wiatru. Powietrze w laboratorium nie odbierało ciepła tak szybko, jak jego ciało je produkowało.

Komora klimatyczna: dlaczego gorąco w labie nie znaczy gorąco na trasie
Noakes wraz ze współpracownikami sprawdził to bezpośrednio: w komorze klimatycznej z wentylatorami ustawiali wiatr na 0, 10, 33 i 50 kilometrów na godzinę, przy tej samej intensywności jazdy na rowerze. Bez wiatru zawodnicy kończyli po około 60 minutach. Przy 50 kilometrach na godzinę wiatru wytrzymywali ponad 2 godziny - dwa razy dłużej. Temperatura skóry i temperatura wewnętrzna były niższe, tętno rosło wolniej, a pocenie się zmniejszało nie dlatego, że zawiodła termoregulacja, tylko dlatego, że otoczenie wreszcie skutecznie odbierało ciepło. Bez wiatru sportowcy kończyli przy temperaturze około 38,5 stopnia - daleko od 42 stopni granicznych dla udaru cieplnego. Mózg zatrzymał wysiłek dużo wcześniej, zanim doszło do realnego zagrożenia.

Biegacz poruszający się z prędkością 18-19 kilometrów na godzinę ma naturalny wiatr czołowy o dokładnie takiej wartości. Tymczasem wentylatory w większości badań finansowanych przez Gatorade generowały zaledwie 5-9 kilometrów na godzinę. To sztucznie podnosiło temperaturę ciała badanych - i sztucznie „dowodziło”, że trzeba pić bez przerwy. W tym samym eksperymencie, przy realistycznym wietrze 33 kilometrów na godzinę, porównano też picie według pragnienia, przy którym zawodnicy tracili około 58 procent masy ciała możliwej do utraty, z piciem „na zapas”, przy 80 procentach - i nie odnotowano żadnej mierzalnej korzyści z picia ponad pragnienie.

Costill: „dalsze picie byłoby nie do zniesienia”
Ten sam błąd metodologiczny - miara zastępcza na zdrowych ludziach, badanych przy nierealistycznie słabym wietrze - powtórzył się w kolejnej serii badań finansowanych przez Gatorade. Pierwsze z nich przeprowadził David Costill, z udziałem czterech doświadczonych maratończyków, w tym Amby’ego Burfoota, zwycięzcy maratonu bostońskiego, który wygrał go bez picia na trasie. W laboratorium biegali 2 godziny przy 70 procentach swojego maksymalnego pułapu tlenowego, w temperaturze około 25 stopni, z wentylatorem dającym zaledwie 5,7 kilometra na godzinę wiatru - przy ich realnym tempie wyścigowym 18-19 kilometrów na godzinę to jak bieg bez ruchu powietrza na twarzy.

Testowano trzy warianty: brak picia, samą wodę albo pierwotną wersję Gatorade w tempie 100 mililitrów co 5 minut, czyli 1200 mililitrów na godzinę. Różnica temperatury między wariantem bez picia a najlepszym wynikiem wyniosła około 0,7 stopnia - a woda i Gatorade chłodziły organizm identycznie, obalając przy okazji przekonanie, że sam brak elektrolitów pogarsza termoregulację. Po 70-80 minutach wszyscy badani odczuwali ekstremalne przepełnienie żołądka - mimo że przestawali pić już 25 minut przed końcem testu, w żołądku zalegało im średnio 340 mililitrów płynu. Costill napisał wprost: dalsze picie byłoby nie do zniesienia. Mimo to prasa zinterpretowała jego badanie odwrotnie, głosząc, że biegacze pilnie potrzebują więcej płynów - czego sam autor nigdy nie twierdził. Podobny wzorzec powtórzył się w badaniu Carla Gisolfiego, późniejszego szefa rady doradczej Gatorade Sports Science Institute: przy piciu według pragnienia, znacznie poniżej tempa pocenia, zawodnicy kończyli 2-godzinny wysiłek w upale bez żadnych powikłań - a mimo to Gisolfi przez 30 lat publicznie zalecał picie w tempie 600-1200 mililitrów na godzinę, choć nikt nigdy nie zbadał, czy taka ilość faktycznie pomaga, czy tylko szkodzi.
Montain i Coyle: fundament lat 90. wart 0,7 stopnia
Trzecie badanie tej trylogii, autorstwa Montaina i Coyle’a, stało się bezpośrednim fundamentem wytycznych z końca lat 90. Kolarze jechali 2 godziny w temperaturze 33 stopni, z wentylatorem dającym 8,6 kilometra na godzinę wiatru - przy mocy odpowiadającej realnej jeździe z prędkością 36 kilometrów na godzinę wentylatory dawały mniej niż jedną czwartą potrzebnego chłodzenia. Testowano cztery tempa picia: 0, 290, 710 i 1190 mililitrów na godzinę.

Najwyższa temperatura, bez picia, wyniosła 39,1 stopnia. Najniższa, przy pełnym piciu, 38,4 stopnia - różnica zaledwie 0,7 stopnia. Między tempem 710 a 1190 mililitrów na godzinę różnica wynosiła już tylko 0,2 stopnia - praktycznie nic. Wszystkie te wartości były co najmniej 3 stopnie poniżej temperatury typowej dla udaru cieplnego - organizm wciąż w pełni kontrolował termoregulację, po prostu ustawiał się na nieco wyższym, bezpiecznym poziomie, gdy nie pił. To nowa równowaga, nie awaria systemu. Nikt przy tym nie policzył kosztu z drugiej strony: żeby w ogóle nie tracić masy ciała, kolarz musiałby przez te 2 godziny nieść dodatkowe 2,3 kilograma płynu - cena, którą warto zestawić z zyskiem rzędu 0,7 stopnia mniej.
Koszt mitu: 1200 mililitrów na godzinę dla wolnej biegaczki
Ta trójka badań, przeprowadzonych na elitarnych sportowcach w laboratoriach bez wiatru, przy stałym, niezmiennym tempie wysiłku - warunkach, w których mózg nie ma nawet możliwości zwolnić tak, jak zrobiłby to na trasie - stała się mimo to „dowodem” na to, że bez intensywnego picia grozi przegrzanie. Wytyczne z tych badań trafiły jednak do każdego biegacza, niezależnie od jego tempa czy warunków pogodowych. Tempo 1200 mililitrów na godzinę - dokładnie to, które Costill opisał jako nie do zniesienia już po 80 minutach - stało się oficjalnym celem także dla wolnych biegaczek na chłodnym maratonie bostońskim.

Cynthia Lucero, maratonka, która zmarła na obrzęk mózgu po przelaniu się wodą na mecie, piła właśnie w takim tempie. Nie umarła od odwodnienia. Z kolejnych badań, o których będzie mowa w następnym artykule, wynika zresztą coś znacznie prostszego: niewielka dawka węglowodanów w małej objętości płynu daje ten sam efekt na wynik sportowy co cały litr wody. Przemysł napojów sportowych wolał jednak sprzedawać litry.













































































