Kapsztad 1969: pierwsza lekcja brzmiała „nie pij”
Rozdział drugi książki „Waterlogged: The Serious Problem of Overhydration in Endurance Sports” Tima Noakesa, lekarza i fizjologa wysiłku, zaczyna się od jego własnej autobiografii. W 1969 roku, jako student medycyny w Kapsztadzie, słyszał jednoznaczny przekaz: podczas wysiłku nie pij. Picie to oznaka słabości. Jeśli się poddasz, żołądek ci przeszkodzi i spowolnisz. Ta mądrość nie brała się z laboratorium - wykuwali ją ludzie na trasie, pokolenie po pokoleniu.

Sam Noakes trafił do biegania przez przypadek - wcześniej wiosłował. Pewnego wietrznego dnia, gdy osada nie mogła wyjść na wodę, pobiegł 40 minut wokół jeziora i poczuł euforię biegacza. Od tamtej pory marzył o starcie w Comrades - 90 kilometrach przez góry KwaZulu-Natal. Cztery lata później stanął na linii startu. I przez cały ten czas, tak jak wioślarze po treningu, pił dopiero po wysiłku, kiedy czuł pragnienie - nigdy według zewnętrznej tabeli.

Nie tylko Afryka: bunt wioślarzy w Oxfordzie
Noakes pokazuje, że to nie był tylko południowoafrykański dziwoląg. Cofa się aż do 1860 roku, do Oxfordu, gdzie wioślarze buntowali się przeciwko narzuconemu przez trenera limitowi jednego litra wody dziennie - potajemnie sięgali po butelki, bo pragnienie okazywało się silniejsze niż jakikolwiek zakaz. Autor Tom Brown pisał wtedy wprost: ciało wie lepiej niż trener.

Przełom wieków: maraton bez kropli wody
Podręcznik z 1909 roku radził: nie jedz przed 17. czy 18. milą maratonu i nie wchodź w nawyk picia podczas wyścigu - nawet jeśli robią to znani biegacze, bo to nie pomaga. Joseph Forshaw, brązowy medalista maratonu olimpijskiego w Londynie w 1908 roku, przechwalał się, że pełny maraton można przebiec w dobrym czasie bez jednej kropli wody - sam to zrobił. Matthew Maloney, ówczesny rekordzista świata z Nowego Jorku, na trasie tylko żuł gumę - zero picia, bulion wołowy trzymał w zapasie wyłącznie na wypadek kryzysu.

Arthur Newton: jeden łyk wystarczy
Arthur Newton, pięciokrotny zwycięzca Comrades i rekordzista na dystansach od 48 do 160 kilometrów oraz w biegu 24-godzinnym, twierdził, że w ciepłej angielskiej pogodzie na maratonie wystarczy jeden łyk wody - najwyżej dwa. Na transkontynentalnym biegu przez Stany Zjednoczone w latach 20. XX wieku na pierwszym miejscu stawiał ogromne śniadanie - jedzenie było dla niego ważniejsze od picia, a słodzone napoje pojawiały się dopiero po 15 kilometrach i później co 4-5 mil.

Jim Peters i konferencja, na której nikt nie wspomniał o piciu
Jim Peters, legendarny maratończyk lat 50., radził wprost: w maratonie unikaj jedzenia i picia, bo ciało zaczyna trawić, a to tylko dyskomfort. Na konferencji żywieniowej poprzedzającej olimpiadę w Londynie w 1948 roku picie podczas wysiłku w ogóle nie zostało wspomniane. Przez pół wieku nauka sportowa milczała na temat bidonu albo wprost go odradzała.

Jackie Mekler: chluba za trzydzieści kilometrów bez łyku
Jackie Mekler, pięciokrotny zwycięzca Comrades, wspomina, że modne było nie pić, dopóki absolutnie nie musiałeś - a potem chlubić się, że wytrzymałeś bez łyku na pierwszych 30 kilometrach. Kiedy Noakes wysłał mu pytanie o szczegóły, dostał w odpowiedzi list z 2008 roku. Mekler mieszał własny napój z lemoniady, wody, glukozy i soli - smak musiał mu pasować, żadnej nauki za tym nie było. Pił też Coca-Colę z solą, herbatę i wodę z przydrożnych garaży, zawsze letnią, bo nikt wtedy nie wpadł na termos. Brał osiem tabletek solnych na cały bieg, wierząc, że słony pot oznacza, że trzeba uzupełnić sód.

Na podjeździe do Comrades nigdy nie pił przed Pinetown, czyli mniej więcej 20. kilometrem trasy - pierwszy łyk brał dopiero w trzech czwartych podjazdu, jako małą nagrodę, i było to najwyżej pół kubka, około 125 mililitrów. Ale zawsze pił według pragnienia, nie według sztywnej reguły. Rywale, którzy sięgali po kubek częściej albo obficiej, wyglądali w oczach innych na zmęczonych - picie na trasie było czytane jako sygnał słabości, nie troski o zdrowie.

Second, motocykl i kultura siły
Na trasie Comrades nie było wtedy stacji z wodą dla wszystkich - każdy zawodnik miał własnego „seconda”, czyli osobę, która dowoziła mu napoje. Na początku towarzyszył mu w tym samochód, ale gdy czołówka biegła coraz szybciej, do dotrzymania tempa potrzebny był już motocykl. Woda pochodziła z przydrożnych garaży i zawsze była letnia. Hayward, ustanawiając rekord w biegu 24-godzinnym w Londynie, pił gorącą, słodką herbatę i marudził Newtonowi, że jest za zimna. Zero laboratorium, zero sponsora napoju sportowego - to była kultura siły i wytrzymałości, nie kultura bidonu co 5 minut.
Comrades 1921-1981: sześć dekad, zero hiponatremii
Od 1921 do 1981 roku - przez sześć dekad - na trasie Comrades nie odnotowano ani jednego udokumentowanego przypadku hiponatremii, czyli niebezpiecznie niskiego poziomu sodu we krwi. Nie było też masowych interwencji medycznych z powodu odwodnienia czy udaru cieplnego na mecie. Biegacze tracili wodę w trakcie wysiłku - to fakt. Ale nie umierali i nie kończyli w szpitalu z powodu „suszy”, którą dziś straszą reklamy napojów izotonicznych. Gdyby brak picia na 90 kilometrach w upale południowej Afryki był naprawdę śmiertelnym zagrożeniem, Comrades nie przetrwałby 60 lat w tej formie. A przetrwał.
1981: stacje co 1,5 kilometra i nowa filozofia picia
W 1981 roku na trasie Comrades pojawiły się znacznie gęściej rozstawione stacje wodne - mniej więcej co 1,5 kilometra. Zbiegło się to z boomem biegowym po 1976 roku, który przyciągnął na start znacznie mniej wytrenowanych zawodników. Nowej generacji biegaczy nikt nie powiedział „trenuj więcej” - powiedziano jej „pij więcej”. Słaby wynik dostał wygodne wytłumaczenie: źle się nawodniłem, nigdy: za mało przebiegłem w treningu.
Niedługo potem na mecie Comrades, a wkrótce także maratonów i triatlonów Ironman, zaczęła rosnąć kolejka do namiotu medycznego. Lekarze widzieli leżącego zawodnika i zakładali, że musiał zbyt mało pić na trasie - zalecali więc pić jeszcze więcej następnym razem. Tymczasem u części z nich problem był dokładnie odwrotny: hiponatremia, czyli zbyt niski poziom sodu we krwi spowodowany wypiciem zbyt dużej ilości wody. To właśnie ten paradoks kilkadziesiąt lat później doprowadził do śmierci Cynthii Lucero i setek innych ofiar.
Wahadło: kiedyś słabością było pić, dziś - pić za mało
Wahadło przeszło na drugą stronę. Nie pić na trasie przestało być oznaką słabości - stała się nią sytuacja odwrotna, picie za mało. Napój sportowy, zwłaszcza ten reklamowany jako izotonik, stał się uniwersalną pigułką - odpowiedzią na niemal każde pytanie o słaby wynik. Noakes pisze wprost, że żeby zrozumieć, co spotkało Cynthię Lucero i setki innych biegaczy, trzeba najpierw zrozumieć, jak ciało naprawdę przetwarza płyny - i czym właściwie jest pragnienie.

W kolejnym odcinku wejdziemy właśnie w ten mechanizm - dlaczego według Noakesa pragnienie jest jedynym wiarygodnym sygnałem odwodnienia, i dlaczego przemysł napojów sportowych nauczył nas, że pragnieniu nie można ufać. Na razie zapamiętajcie jedno zdanie z rozdziału drugiego: przez większość historii biegania picie na trasie było oznaką słabości - i przez dekady nikt od tego nie umarł.





































































